Zaczęło się.

Właściwie zaczęło się już miesiąc wcześniej, ale wcześniej nie było kiedy napisać.

 

Trzeba wstać o czwartej pięćdziesiąt.

I potem kolejno:

Wpuścić koty.

Nakarmić koty.

Woda z cytryną.

Podlać kiełki.

Podlać bazylię.

Jogurt z chia dla Franka.

Śniadanie dla Łucji.

Ubranie.

Przygotować śniadanie do pracy.

Orzechy i owoce.

Wodę.

Wyjąć obiad do pracy.

Najczęściej zupę z kaszą.

Przygotować śniadanie na teraz.

Domowy chleb.

Domową pastę. Albo twaróg. Albo jaja.

Pomidory. Paprykę. Kiełki. Zieleninę.

Zalać inkę.

Założyć buty.

Otworzyć furtkę dla niani.

Założyć soczewki.

Nałożyć krem.

Zjeść śniadanie.

Do tego obejrzeć kawałek serialu albo youtube.

Łyknąć witaminy.

Umyć zęby.

Zrobić dwuminutowy makijaż.

Wziąć torby

Przekręcić kluczyk.

 

Mija dokładnie godzina i piętnaście minut.

Jest ciemno. I zimno.

W aucie załącza się audiobook.

Drwal, Chmurdalia czy coś innego.

Obecnie Król.

 

W mroku wśród sennych pól Mama wsłuchana w głos Stuhra mknie do pracy.

Wolna od radia, telewizji, wszelkich wiadomości.

Zmęczona.

Sama ze sobą jeszcze przez prawie godzinę.

 

Dzień się właśnie zaczyna.

Będzie trwał jeszcze przez wiele godzin.

 

Nie wiadomo jak dziś się potoczy.

 

Czasem dzień mknie wesoło jak strumyk widziany w górach.

Czasem uderza w głowę jak brązowy kasztan.

Czasem leniwie szura nogami wśród jesiennych liści.

Albo snuje się sennie, ciężko, przytłaczająco.

Aż do szarego, zmęczonego wieczora -

- kiedy to -

wtulona w poduszkę, ze słuchawką w uchu Mama zapadnie w sen.

Krótki, płytki, urywany.

Zwiastujący kolejny ranek zapisany w telefonie na czwartą pięćdziesiąt.