CD.

***

Na szczęście jest prąd, a nawet Internet.

W moim telefonie starej daty nie ma opcji, żeby cokolwiek znaleźć, mąż nie zabrał swojego, ale Łucja, która nie rozstaje się z telefonem, wzięła.

Jakoś chyba koło czwartej pojawiają się pierwsze informacje.

Że trzęsienie w Turcji, że epicentrum piętnaście kilometrów od nas, że płytkie ognisko.

To dobrze, że płytkie, nie głębokie! – mówimy.

Potem, już następnego dnia, doczytamy, że płytkie jest gorsze dla pobliskich obszarów, czyli dla nas, i że wtedy zniszczenia są większe.

Pojawia się informacja na jakiejś stronie, która dokumentuje trzęsienia ziemi. Czytamy, że nasz wstrząs miał siłę 6,7.

Nic mi to nie mówi.

Potem dowiem się, że to potężne trzęsienie, a w wikipedii zobaczę, że nawet niektóre trzęsienia z czołówki światowej niewiele przewyższały tę siłę.

Na razie chłonę każdą informację. Nie wiem, po co.

Bardzo chcę się czegoś dowiedzieć, czegokolwiek.

Ile jeszcze może to potrwać. Kiedy można się uspokoić.

Ale tego się nie dowiem do końca.

 ***

Potworne poranne zmęczenie.

Nie zasnęłam nawet na chwilę.

Ciało dygocze mi tak, że czasem – to już czarny humor – czując swoje drżenie, mam poczucie, że zaczyna się kolejny wstrząs wtórny.

Rezydenci pojawiają się rano i rozmawiają z nami.

Ale co mogą powiedzieć?

Sami niewiele wiedzą.

Informują, że mogą oddać pieniądze za planowaną tego dnia wycieczkę po morzu.

I tak nie zamierzałam nigdzie jechać. Bałabym się.

Potem okaże się, że i tak porty nie wypuszczają statków.

 ***

Szokują mnie ludzie, którzy zgłaszają pretensje.

 

Dlaczego rezydenci nie przyjechali natychmiast do hotelu po wstrząsie?

Dlaczego w hotelu przez godzinę nie było wody?

Dlaczego cola nie leci z automatu?

Dlaczego nie mogę natychmiast wrócić do Polski?

 

 ***

Idziemy na śniadanie.

Właściwie niczym się nie różni od poprzednich.

Trochę skromniejsze, a napoje podane w papierowych kubkach, poza tym normalne.

Nie mogę nic przełknąć, zmuszam się do kawałka chleba i to samo każę Łucji, bo bolą nas z nerwów żołądki.

Pani sprzątająca jadalnię z zainteresowaniem przygląda się brodzie Franka i pyta, czy to stało się podczas wstrząsu.

Mówimy, że nie.

Przygląda się naszym przerażonym oczom i pyta:

„Is it your first earthquake?”

Odpowiadamy, że tak, to nasze pierwsze trzęsienie ziemi.

Pani mówi, że jej drugie.

Ma na oko jakieś trzydzieści lat.

 

***

Dzwonimy do domu.

Informujemy, że jesteśmy cali.

Zastanawiamy się, co robić, ale co można zrobić?

Trzeba normalnie funkcjonować.

Iść z dziećmi na plac zabaw.

Nigdzie nie wylecimy. Lotnisko jest nieczynne.

Teoretycznie nic złego nie powinno się już stać.

Zbieramy zabawki i idziemy przed basen.

Franek grzebie w piasku.

Odczytujemy informacje o zniszczeniach w Kos i tym, że są ofiary śmiertelne.

Woda wstrzymana na całej wyspie, z automatu leci tylko piwo i wino.

Może i lepiej.

 

***

To prawda, że w dzień strach jest mniejszy.

Jest jaśniej, jest łatwiej.

Z przerażeniem za to myślę o nadchodzącej nocy.

Boję się nie tylko nocy, boję się też pokoju – bo tam się wszystko zaczęło.

Boję się położyć do łóżka.

 

***

 

Wieczorem jest kolejny dość mocno odczuwalny wstrząs.

Ludzie w panice wybiegają z restauracji.

My akurat jesteśmy u znajomych w pokoju.

Jestem akurat w łazience, ale gdy nadchodzi, wychodzę i uznaję, że potrzeba fizjologiczna może zaczekać.

To wtedy wielu ludzi decyduje się na spanie na dworze.

Namawiam i ja męża. Prosi też o to Łucja.

Jest niechętny, ale zgadza się.

Uspokajam się bardzo.

Pakujemy koce, wodę, poduszki i idziemy poszukać leżaków.

Zasypiam i śpię w miarę spokojnie. Dzieci także.

 

 

***

Rano obserwuję z ulgą i jednoczesnym zdumieniem, że życie toczy się zupełnie normalnie.

Zamiatają plac.

Podają kawę.

Odbierają turystów, którzy przyjechali właśnie na swoje wakacje.

Baseny wracają do życia.

Otwarto zjeżdżalnie.

Wróciły do jadalni fajansowe filiżanki.

Także woda do kranów.

Zmienili nam pościel, bo mogli już prać.

Posprzątali rozbite szkło i tynk.

Lotnisko funkcjonuje normalnie, nie ma nawet spóźnień.

Świat trwa dalej.

 

***

Pakujemy się.

Mamy godzinę do wyjazdu.

Wstrząsy są lekkie, więc wreszcie mam odwagę i siłę, by zrobić choć ze dwa zdjęcia.

 

DSC01567

 

 

DSC01570

A potem frunę i myślę, jak to poskładać.

A także o tym, co myślałam kiedyś.

 

Że jak gdzieś było trzęsienie ziemi i nie było ofiar, to nic takiego.

Ach, lekkie, zadrżało i tyle.

 

Nie mówię już – najważniejsze, że nikt nie zginął.

 

Już tak nie myślę.

Zrozumiałam, że jest coś więcej niż to, co widać na zdjęciach.

 

Nie piszą o tym w statystykach obok amplitudy wstrząsu.

I liczby ofiar.

 

Ale jest.

Odzywa się, gdy lecisz wysoko i zapinasz pasy, bo trzęsie.

Gdy we śnie przychodzi to mroczne wspomnienie.

A nawet gdy pierzesz wakacyjne brudy i pralka podskakuje niewinnie.

Wraca.

Tkwi.

Zostaje.

Obezwładnia.