Już po wszystkim  zastanawiałam się, czy to opisać.

A potem jak to zrobić.

Jak poukładać, żeby miało sens, początek, koniec.

Żeby było logicznie.

Wracałam i patrząc w chmury, usiłowałam notować myśli.

Nadać im chronologii.

I żeby ta historia nie rozpadała się w kawałki, ale stanowiła całość.

Ale ciągle nie chciała się poskładać.

Była strzępami luźnych zapisków, wyrwanych z kontekstu.

Drżących, trzęsących się, dygających,.

Chaotycznych.

***

I taka musi zostać.

Bo taka jest ta historia.

 ***

 

Przyjeżdżamy na Kos 11 lipca.

Dokładnie przy lądowaniu samolotu zauważam na szyi Łucji czarny duży punkt.

To kleszcz?

Nikt z nas nigdy nie miał kleszcza – nie wiem, jak to wygląda.

Ale tak – to kleszcz. Duży, opity, nie wiadomo, kiedy się wbił.

Jesteśmy w Grecji.

Bez doświadczenia w pozbywaniu się kleszcza.

Bez pęsety.

Szukamy zatem lekarza.

Sprawdzamy, jak jest „kleszcz” po angielsku – „the tick”.

W kraju, w którym nie ma kleszczy i mało kto wie, o co w ogóle nam chodzi, mamy szczęście.

Trafiamy na lekarkę-Greczynkę, panią Nikolettę, która studiowała w Niemczech i wie, co robić.

Wyciąga robala, przepisuje maść z antybiotykiem, zostawia wizytówkę.

Zaczynamy wakacje.

 ***

 

Jest 20 lipca. Schodzę około czternastej ze słońca do pokoju i czekam na dzieciaki i męża, zaraz mają przyjść.

Krótko później słyszę płacz Łucji i Franka zbliżających się do naszego pokoju. Pewnie się o coś pokłócili.

Ale drzwi się otwierają i widzę, że mąż niesie Franka. Łucja łkając, oświadcza, że przez nią Franek rozbił sobie brodę na basenie.

Rana jest bardzo głęboka, może z pół centymetra. Na pierwszy rzut oka widać, że szycie jest konieczne.

Mamy telefon do lekarki od kleszcza, więc dzwonimy.

Tak zwane szczęście w nieszczęściu.

Odbiera.

Nie szukamy jej przez ubezpieczenie, tylko bezpośrednio, więc jest szybciej.

Klinika jest półtora kilometra od naszego hotelu.

Lekarka jest w stanie znaleźć na szybko chirurga.

I nieważne, że właśnie ma sjestę, mamy przyjść.

Bierzemy Franka na ręce i idziemy.

Słońce pali – wiadomo.

W chłodnej klinice pani Nikoletta ogląda Franka.

A potem po grecku rozmawia przez telefon z lekarzem.

Ten schodzi z plaży, ze swej sjesty i zszywa Franka.

Okleja plastrami.

Bierzemy Franka na ręce i idziemy w słońcu do hotelu.

 

***

Pani Nikoletta zapisała antybiotyk.

W naszej miejscowości nie ma apteki.

A w pobliskim mieście Kos, w stolicy, apteki są zwykle czynne do czternastej.

Ale jedna dyżuruje dłużej.

Mąż wypożycza rower i jedzie do miasta Kos. To 5 kilometrów od nas.

Jadąc obok twierdzy i meczetu jeszcze nie wie, że ma okazję widzieć je w innym stanie niż w tym, w jakim będą następnego dnia.

Kupuje antybiotyk i przyjeżdża.

 

***

Nieszczęścia chodzą parami – śmieję się.

Mamy parę.

Klamrę.

Kleszcz na początek, broda na koniec.

Już się nic złego zdarzyć nie może.

Samolot nie runie.

Spokój.

Załatwione.

***

Wieczór. Klasyka gatunku.

Hotel, minidisco, animacje dla dzieci.

Ale Franek jest zmęczony, więc wracam w nim wcześniej do pokoju.

Zasypiamy razem w łóżku około 23.00.

Zasypiam ze słuchawkami w uszach.

Z Netflixa dobiegają głosy „Frankie i Grace”.

 

***

Budzę się gwałtownie zupełnie zdezorientowana.

Nie wiem, co się dzieje.

Może to coś w serialu?

Chyba jeszcze śpię?

Co się dzieje?!! – pytam męża, leżącego obok.

Pokój cały się trzęsie!

Nie, że drga, że dygocze – on tłucze się z boku na bok!

Co się dzieje? – wołam.

Mąż się budzi i mówi: „Nie wiem”.

A potem padają te straszne słowa.

„ Nie wiem, ale to chyba trzęsienie ziemi”.

 

***

„Trzęsienie ziemi”.

Posłuchajcie tych słów.

Przecież to abstrakcja!

Gdyby ktoś wam kiedyś powiedział, że będziecie w nim brać udział, uwierzylibyście?

Ja nie.

I nie umiem powiedzieć, na ile wierzyłam wtedy.

 

W tym momencie tej historii wjeżdża banał: „To sen i zaraz się obudzę”.

Oscylowanie między jawą a snem.

Nie, nie obudziłam się.

 

***

 

Wikipedia i inne źródła mówią, że wstrząs podczas trzęsienia ziemi trwa około 60 sekund.

 

Minuta jest bardzo pojemna.

 

Wiem, że tyle to trwało. Nie zamierzam pisać, że wydawało się , iż to wieczność.

 

Ale podczas tej minuty zdążyłam się obudzić.

Zapytać męża dwa razy, co się dzieje.

Usłyszeć, że nie wie.

A potem, że to trzęsienie ziemi.

Chyba.

Bo kto by wiedział na pewno?

Zdążyłam usłyszeć sypiący się tynk i spadające w łazience kosmetyki i płytki.

Odgłos upadającej szafy, która uderzyła męża w głowę.

Nie. Tylko guz. Nic się nie stało.

Zdążyłam powiedzieć, że trzeba iść do dzieci.

(Mieliśmy tzw. „family room”, spały w pokoju obok.)

Zdążyłam – trzymając się ścian, lecąc od jednej do drugiej- dojść do tego pokoju.

Usłyszeć głos Łucji – „Co się stalo?”.

Krzyknąć : „Musimy stąd wyjść! Chyba trzeba wyjść z budynku!”.

Usłyszeć głos męża: „Tak, chyba tak”.

Wziąć Franka na ręce.

Usiłować pokonać jego opór i wyrywanie.

„Nie! Ja chcę spać!”.

Oddać go mężowi.

Wyjść z pokoju.

Zbiec z pierwszego piętra.

 

Ale  nade wszystko zdążyłam poczuć potworny, niewyobrażalny strach.

Paraliżujący

Bezwzględny.

Obezwładniający.

Okropny.

Nieopisany.

 

***

Teraz wiem.

Teraz jestem mądrzejsza.

Przeczytałam, co robić, gdy trzęsie się ziemia.

 

Nie powinno się wychodzić z budynku podczas wstrząsu.

Najwięcej ludzi wtedy ginie. Uderzonych czymś w głowę.

Wtedy należy się schować.

Najlepiej pod biurkiem.

Mieliśmy dwa biurka w pokoju.

Albo we framudze drzwi.

Mieliśmy trzy framugi.

 

Ale my wzięliśmy dzieci i wybiegliśmy.

Bałam się tego, że to pierwsze piętro, że coś się zawali i posypie.

 

***

Wybiegamy przed budynek.

Jest ciepła noc. Jakoś po pierwszej.

Boso. Mamy na sobie pidżamy.

Na zewnątrz inni. Zdezorientowani i spanikowani.

Idziemy przed siebie. Kompletnie bez celu.

Teren hotelu jest duży. Trochę to trwa.

Mijamy spękane chodniki i wodę, która wyleciała z basenu.

Idziemy przed hotel, tam jest większość ludzi.

Bo niby bezpieczniej.

Bo żadnych budynków wokół i najwyżej.

Bo gdyby tsunami…

 

Franek krzyczy, że chce do łóżka spać.

Ja się trzęsę. Kompletnie cała.

Siedzimy na murku przed hotelem i czekamy.

Na co?

 

 ***

 

Muszę to napisać.

Kolejny raz sprawdza się Szymborska.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Zachowuję się beznadziejnie.

Nie daję bohaterskiego przykładu dzieciom.

Jęczę: „Tak bardzo się boję!”.

Powinnam się opanować, robić dobrą minę do złej gry, ale nie.

Dygoczę. Ciągle pytam: „Co dalej?”. „Kiedy koniec?”.

„Czy ktoś powie, kiedy będzie bezpiecznie?”.

Panikuję przy wtórnych wstrząsach.

Dużo słabszych.

Jestem kompletnie bezradna i rozwalona.

 Na kawałki.

 

***

Tak bardzo potrzebuję informacji.

Internet działa.

Proszę, żeby sprawdzić, jak przebiega trzęsienie ziemi.

Czy wstrząs wtórny może być silniejszy?

Ile ich może być?

Kiedy można poczuć się bezpiecznie?

Kiedy koniec?

 

Ale na to nie ma odpowiedzi.

 

***

Leżymy na leżakach przed hotelem.

Wokół nas jest wielu ludzi.

To mi pomaga. Minimalnie, ale jednak.

Cała dygoczę.

Tak bardzo boje się rozdzielić z rodziną, ale pozwalam w końcu mężowi po długich namowach pójść po koce, bluzy, buty i wodę.

Liczę minuty, bo obiecał się zmieścić w sześciu.

Był osiem.

 

***

 

Wraca.

Układamy dzieci na dwóch zdobytych leżakach.

Okrywamy prześcieradłem i bluzą.

Powoli zasypiają.

My układamy się na plastikowych krzesłach.

Ja nie śpię.

Do końca i do rana.

Czuję się bezradnie.

Nie wiem, czego się spodziewać.

Czuję się jak w pułapce.

Nigdzie nie ucieknę.

Nic nie mogę zrobić.

Nic nie wiem.

 

DSC01565

 

CDN.