A ze słowami było tak.

 

Właściwie nie było ich prawie wcale i niemal wcale.

Mało ich mieszkało w małej buzi uzbrojonej w białe ząbki.

Mało mieszkało w małej głowie pod pierzynką jasnych włosów.

 

Mama zajrzała do kilku książek.

I – jak większość mam – zestawiła Franka z innymi dziećmi w jego wieku lub młodszymi.

Nie wypadał za dobrze, żeby nie powiedzieć, że wypadał źle.

 

Siedzieli z kolegą w piaskownicy.

Patrz, mamo, znalazłem drugi duży nóż – powiedział kolega do swojej – jak można się domyślać – mamy.

Uuuu – powiedział Franek tym samym wieku, pokazując swojej Mamie kota.

 

Kot, krowa, koza, owca, pies, świnka – wszystko było „uuu”. Nawet bez podziału na „hau hau, „miau” czy „bee”.

 

Mama zwykle bywała niespokojna w takich sprawach.

Tu jednak nie zaniepokoiła się wcale.

Trudno powiedzieć dlaczego.

Chyba dlatego, że Franek był bardzo w tyle, działał bardzo powoli, ale jednak działał. I bardzo powoli, ale jednak powoli szedł do przodu. Swoim ulubionym rozwojowym żółwim tempem.

 

Pojawiały się dźwięki, słówka, wyrazy.

Przychodziły rzadko i czasem, ale przychodziły.

Wyrastały niespodziewanie jak grzyby po rzęsistym deszczu.

Towarzyszyły wyciągniętym palcom nazywającym powoli elementy świata.

Krok po kroku.

Dźwięk po dźwięku.

Wreszcie słowo po słowie.

 

Słowa nawlekały się jedno po drugim na srebrzysty sznurek głosu.

Powoli układały się we wzory zdań.

 

Słowa w zdania.

Zdania w dialogi.

Dialogi w opowieści.

 

W słodkim rodzaju żeńskim.

 

Skakałam.

Posikałam się.

Jestem głodna.

Jestem głupia.

(niestety podwójny wpływ siostry)

 

Słowa dojrzały.

Zadomowiły się.

Zostały.

 

Bywają różne.

Suche jak sypany przez sito piasek.

Soczyste jak jesienne śliwki.

Słodkie niczym wyjadany palcami syrop z agawy.

Gorzkie jak różowa sałata znajdowana w woreczku wśród tych zielonych.

 

Całą gamą smaków, dźwięków, zagadek, zakrętów.

Trwają.

Śmieszą.

Smucą.

Zaskakują.

Rozczulają.

Bolą.

Radują.

 

Wypełniają.