Trzy lata temu denerwowałam się bardzo, docierając przed szpital na Lutyckiej.

Czy będą ciąć dziś?

Odeślą?

A jak odeślą, to czy nie urodzę sama w domu z córką, zanim dotrę gdziekolwiek, zanim dotrze Tata?

 

Liczyłam skurcze, które uparcie nie chciały być.

Słuchałam dźwięku ktg. Nie takiego, jakiego oczekiwał lekarz gotowy ciąć.

Słuchałam strasznych krzyków rodzących niedaleko dziewczyn. Cierpiących.

Przepuszczałam w kolejce te na pilne cesarki.

 

Leżąc, miałam sporo czasu na myśli.

Zastanawiałam się, jak będzie.

Jak ogarnę dom, dzieci i przede wszystkim tę zawiłą, nieznaną mi zupełnie matematykę miłości.

Miłość dzieloną na dwoje czy mnożoną przez dwa?

Gryzłam paznokcie pozbawione lakieru (na wypadek znieczulenia ogólnego).

I bardzo pragnęłam już usłyszeć, że już. Już po. Że dobrze. Że jest.

 

O 20.35 wreszcie usłyszałam.

 

I słyszę od trzech lat.

Daje znać o sobie.

Uśmiechem, rączką zanurzoną w dłoni, oddechem przy policzku.

Ale też kopniakami, rzucaniem czym popadnie i rekordową liczbą zepsutych sprzętów w domu.

Imponującą – zapewniam.

 

Bo życie -mówi banał, ale za to zgodnie z prawdą – jest dalekie od tego, jakie wydawało się, że będzie.

Inne niż to z obrazka i filmu. Różne bardzo od reklamy.

 

Trwamy już tak trzy lata.

W złości, łzach, krzyku, bólu.

W radości, uldze, uśmiechu.

 

Liczymy siniaki, zadrapania, katary.

Uściski i słowa najpiękniejsze.

 

Dziś z tej okazji stawiam na stole sok, mleko i brownie.

Dziś można. Mimo czekoladowego zakazu.

 

Mój synku z Brzucha wyjęty – duży i różowy – jesteś!

Jesteś prawdziwy. Cudowny i niełatwy zarazem.

 

Z mieszaniną szczęścia i smutku, że to już TRZY – całuję Cię urodzinowo.

Rośnij zdrowo.

Rośnij pięknie.

Rośnij różowo.

P1010560a