Jest taka granica.

Taki magiczny wiek.

Każdy nosi go w swych myślach.

Każdy ma taki gdzieś w sobie.

 

Mój to 40.

Właśnie tam dotarłam.

 

I dla mnie to nawet nie granica końca młodości czy lęku przed czymś.

Nie czas, by zrzucić pięć kilo albo wybielić zęby – choć w sumie to dlaczego nie?

Ani by spisać testament – zrobiłam to w wieku 16 lat.

 

Ale dla mnie czterdziestka zawsze była granicą płodności.

Nawet jeśli jeszcze można.

Nawet jeśli już wcześniej jest i było pozamiatane.

 

Dotarłam.

Nie wiem co myśleć.

Ani mi wesoło, ani smutno.

Nijako jakoś.

 

Nie myślę.

Myśli i tak jeszcze nadejdą.

 

Pójdę na aerobik jak co niedzielę.

Poświęcić książeczkę na komunię Łusi – bo tak to dziś wypada.

Spakuję się na jutro do pracy.

 

Pomyślę wieczorem przy winie.