Dziś o ciąży. Dla ciężarówek obecnych i przyszłych.

Ale tylko dla tych, które – jak ja – ciężko znosiły ciążę. Zwłaszcza psychicznie.

 

Byłam w trzech ciążach. Dwie się powiodły i zakończyły sukcesem. Ale były zagrożone, z krwawieniami do niemal 18 tygodnia. Z przedwczesnymi skurczami, skracającą się szyjką, przodującym (na szczęście tylko początkowo) łożyskiem. Z kotem, który skoczył na brzuch i rozbitym termometrem rtęciowym.

I jeszcze kilkoma historiami.

 

Ciężko mi było dotrwać, ale dotrwałam.

I były rzeczy, które mi pomagały.

Dzielę się – może i komuś pomogą.

 

Detektor tętna płodu.

Opinie są różne – że ciężko chwycić puls dziecka, że i tak późno – więc po co, skoro zaraz są ruchy i wtedy już się uspokaja nieco.

Chwyciłam tętno zaraz po zakupie. Jakoś koło 14 tygodnia ciąży. Dwie koleżanki tym samym detektorem około 12 tygodnia. No to do ruchów jeszcze trochę.

Detektor kupiłam używany na allegro. Kosztował mnie niecałe 200zł z przesyłką i żelem do usg.

Wcześniej zdarzało mi się podjeżdżać do ginekologa, aby sprawdzić, czy jest ok. (bo plamiłam, krwawiłam, bolał brzuch itd.). Uznałam, że jeśli choćby tylko raz użyję detektora i nie podjadę do lekarza, jestem finansowo do przodu (wizyta kosztuje u mojego ginekologa 200zł).

Wbrew obawom używałam detektora do samego końca ciąży, wiele razy. Ratował mi życie zwłaszcza wtedy, gdy dziecko „złośliwie” się nie ruszało albo ruszało się słabiej. Moim zdaniem – warto.

 

Dziennik ciąży i skreślanie dni.

Praktykowałam to w obu ciążach. Kupiłam dziennik „W oczekiwaniu na dziecko” i wpisywałam codziennie kilka słów. Oprócz tego, że stanowią pamiątkę, pomogło mi to – zwłaszcza w kolejnej ciąży. Pewne niepokojące objawy (np. silne bóle brzucha) odnalezione zostały w starym dzienniku i łatwiej mi było uwierzyć, że na tym etapie jest to fizjologia.

 

Poza tym wypisałam sobie wszystkie dni do planowanego terminu porodu i skreślałam codziennie o godz. 19 miniony. Wolno to mijało, ale mijało. Powoli ubywało. Krzyżyków przybywało. I z czasem widziałam, że to jednak płynie. Że coś już za mną.

 

Granice.

W tych skreślanych dniach wyznaczyłam sobie pewne „czasy”, na które czekałam bardziej, z pewnym utęsknieniem. Odkreślałam je grubą kreską. Wiedziałam, że coś ważnego już udało się osiągnąć, do czegoś dotrwałam, że są już większe szanse.

moje granice:

8 tydzień – bo najwięcej poronień jest do tego momentu

12 tydzień – mija pierwszy trymestr, ryzyko poronienia spada

usg genetyczne – uspokoję się, jak będzie dobrze

ok. 18 tygodnia – ruchy

20 tydzień – połowa za mną

usg połówkowe – dowiem się, że ok. – uspokoję się

22 tydzień – zaczyna się epoka cudu (uratowali kiedyś dziecko na tym etapie)

24 tydzień – tu zaczyna się szansa na życie dla dziecka

26 tydzień – szanse stają się ciut realniejsze

28 tydzień – uff, teraz już się naprawdę sporo dzieci ratuje

usg z przepływami – uspokoję się

30 tydzień – uff, dotrwałam już daleko

32 tydzień – już za mną najgorszy czas, teraz dzieci zwykle rodzą się całe i, po opiece, zdrowe

36 tydzień – jest ok, nic się nie stanie, gdy się teraz urodzi

37 tydzień – donosiłam!

 

Nagrody.

Wyznaczyłam sobie nagrody, które wolno mi było kupić za konkretny skończony czas. Np. za skończenie I trymestru czy połowy ciąży. Początkowo były one dla mnie (np. ciuch ciążowy albo torebka), potem odważyłam się na nagrody dla dziecka.

 

Seriale, filmy, audiobooki.

Oglądanie seriali i filmów, na które nie miałam wcześniej czasu, pomogło mi przetrwać długie tygodnie leżącej ciąży, kiedy krwawiłam silnie i nie byłam w stanie nie myśleć o dziecku. Zwłaszcza seriale pomagały na chwilę zająć czymś głowę. Audiobooki puszczone przez słuchawki sprawdzały się przede wszystkim podczas bezsennych nocy.

 

Organizacja „do wtedy”.

Połączona z granicami. Np. czytam książkę po 2 rozdziały dziennie – wyliczam, ile mi to zajmie. Zatem – jeśli skończę książkę, będę już w 18 tygodniu! Super!

 

Częstsze usg.

Zwłaszcza na początku. Chodziłam co tydzień do pierwszych ruchów. Potem rzadziej. Nie wstydzę się tego, nie dotrwałabym.

A teraz uwaga – przyznaję się. Mam nadzieję, że nikogo nie przerażę…

Z Kudłatą byłam na usg 19 razy.

Z Frankiem prawie 30 razy…

 

Ruchy dziecka.

Wtedy jest łatwiej. Zatem czekałam na nie, jako na pewną ważną dla mnie granicę.

 

Objawy.

Zwłaszcza te nieprzyjemne, które przeszkadzały. Starałam się myśleć o mdłościach jak o czymś zbawiennym. Było ciężko, ale działało. Zamierałam z przerażenia, gdy np. mdłości ustępowały na pół dnia. Wolałam jak były ;)

Ale cieszyłam się każdym objawem – bólem sutków, żyłkami na piersiach, kłuciem w jajnikach. Wszystko to pomagało wiedzieć, że JEST.

 

Chwila wieczorna.

Po skreśleniu dnia o 19 miałam tę chwilę, którą wolno mi się było cieszyć. Smarowałam brzuch oliwką. W ostatniej ciąży czasem robiła to córka.

 

Czytanie internetu w nagłych przypadkach.

Owszem – dość kontrowersyjne. Wiadomo, ile złego można znaleźć. Ale jakoś udało mi się omijać myślami te złe historie i dokopywałam się do tych pozytywnych zakończeń.

Nie polecam jednak tego sposobu tym, którzy tego nie potrafią.

Oczywiście nieocenionym źródłem pociechy i wsparcia są blogi i Nasz Bocian!

 

Modlitwa.

Nie jestem jakoś specjalnie religijna, choć nie nazwałabym siebie nigdy osobą niewierzącą. Może bardziej poszukującą.

Gdy byłam w ciąży z Frajerką-Małgosią, okazało się na pierwszym usg, że serce bije, ale jest źle. Od początku wiedziałam, że jest źle. Od testu. Od bety. Wtedy wypowiedziałam słowa modlitwy „bądź wola Twoja”. Była wola Jego. Nie moja.

W ciąży z Frankiem nie umiałam powiedzieć tych słów. Nie odmawiałam „Ojcze nasz”, a w kościele omijałam zawsze te słowa.

Ale powierzyłam moje dziecko kilkorgu Świętym – Ricie, Judzie Tadeuszowi, Joannie Beretcie,  Gerardowi i Andrzejowi Boboli. A także Aniołowi Stróżowi dziecka i moim bliskim zmarłym – w tym Małgosi.

Wierzyłam, że mi pomogą.

Pomogli.

 

 

 

A Wy? Możecie coś dorzucić do tej listy?