Właśnie wybiła siódma. Czyli już.

37 lat o tej porze już była. Zapłakała pierwszy raz.

Teraz sama oczekuje pierwszego płaczu.

 

Chciała napisać, że to pierwsze takie urodziny, które spędza podwójnie. Z człowiekiem wewnątrz siebie.

Ale nie, nie, musiała wcisnąć „backspace”.

Siedem lat temu była już Łusia, tylko nikt nie wiedział.

Mama może już coś czuła, ale nie wierzyła, nie myślała o tym.

To były złe urodziny. Ze łzami, w złym otoczeniu, nie w głowie były testy ciążowe.

Było za to wino. Chyba białe wytrawne. Pite do lustra. Do komputera.

Za oknem śnieg.

 

Dziś będzie zwykły dzień. Żadnych pomysłów. Żadnych gości.

Pewnie kilka telefonów. Parę smsów. Liczne wpisy na fejsie.

Tylko Mama i Łusia. I Pestek wpychający pupę po żebro.

W planach wycieczka po papier toaletowy i krojony chleb. Może piwo bezalkoholowe na wieczór.

Napełnianie miski Kota. Walka z astmą Łusi.

W porywach zupa pomidorowa.

Już.

 

Rok temu lekarz, z którym zdradziła Mama swojego Doktora, powiedział: To nie wiek na ciążę.

Nie miał racji.

 

Może jest ciężej. Nerwowo. Męcząco.

Ale to JEST wiek na dziecko.

 

Pestek potwierdza łokciem w pachwinie. Piętą w żołądku. Czkawką.

 

I dziś inaczej.

Z okazji moich urodzin mam życzenia – dla innych.

Dla Pestka – niech rośnie, nadchodzi bezpiecznie.

Dla Łusi – niech zdrowo żyje, niech odnajdzie szczęście.

Dla Was – niech się spełni.