Archiwum dla Luty, 2013

Jeśli B(b)óg istnieje… (Kayah)

…jeśli jest, jest okrutny.
Nie mam żadnych dowodów, że interesuje się naszym losem, naprawdę.
Wręcz mam poczucie, że jest odwrotnie.

Mam dziwne odczucia, że bez mrugnięcia okiem spełnia rozpaczliwe i głupie prośby. Wyszeptane w rozpaczy słowa: „nie chcę żyć”, ” „spraw, bym TEJ ciąży nie straciła”. Czuję, jakby żerował na naszej słabości. Jakby szukał, co można z tego wykorzystać. Może odebrać życie? Zabrać kolejne dziecko? Może pozbawić zdrowia? Do usług.

Tak, znam to powiedzenie: „uważaj, by Twoje marzenie się nie spełniło”. Nie boję się o marzenia, bo wiem, czego pragnę i pragnę tego naprawdę – tego O(o)n nie wysłuchuje. Ale boję się czasem powiedzieć czegokolwiek, bo czuję, jak jest uważny, by znaleźć cokolwiek i wykorzystać.

Mam zły obraz B(b)oga. Boję się go. Boję się tego, co znów zrobi. Co znów wymyśli. Nie wiem, czy lepsze jest wierzyć w to, że ma wpływ na nasze losy, czy w to, że ma je gdzieś. Obie wersje wypadają źle.

Nie przekonuje mnie teoria o uzdrawiającym cierpieniu. I o miłości B(b)oga płynącej z zsyłanego bólu. Albo w to, że dostajemy tyle, ile możemy wytrzymać.

Tak, wierzę, że potrzebna jest ciemność, aby docenić światło. Że z każdego kryzysu można wyjść obronną ręką i znaleźć lepszy los. Tak, wiem to, spędziłam dwa lata nad książkami z pomocy psychologicznej. Ale czy na pewno zsyłanie od kilkunastu (och nie, kilkudziesięciu) miesięcy tylko cierpienia to dowód miłości? Czy kilkanaście porażek w wielu dziedzinach życia ma pomóc mi się podźwignąć? Skąd się zatem biorą depresje, załamania i nerwice, skoro każdy otrzymuje tyle, ile potrafi unieść?

Jestem samozwańczym psychologiem, w sumie to z dyplomem na półce, choć nigdy nie traktowałam go poważnie. Ale jestem też nauczycielem – tym razem prawdziwym, wyedukowanym studiami, praktyką i setkami nastolatków. Docenianym. Odważę się powiedzieć, że dobrym. I nawet prymitywny pedagog wie, że każdemu – choćby najmarniejszemu wychowankowi potrzebne jest pozytywne wzmocnienie, dobre słowo, cień szansy, wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli zawalił kompletnie, może przyjść poprawić, przeprosić, powtórzyć klas czy skończyć szkołę.
Nawet jeśli napisał wypracowanie najgorzej na świecie, piszę mu coś dobrego.

Bóg nie jest dobrym nauczycielem. Nie dba, o to, co czujemy. Ja przynajmniej nie czuję od trzech lat jego wsparcia.

„Bóg zgubił nasz adres” mówiła Charlota i jej mąż w „Sex and the City”.

Mój także zgubił. Albo nie ma ochoty go poszukać. Po prostu ma to gdzieś.

Co mam napisać?
Straciłam pół roku temu dziecko.
Nie pisnęłam ani słowa, ani razu nie zapytałam „dlaczego?” Dwa tygodnie przed tym, gdy to się stało, wypowiedziałam słowa modlitwy „bądź wola T(t)woja”.
Była J(j)ego wola. Zupełnie nie moja. Zacisnęłam zęby, by nie wyć. Moje dziecko umarło. Nie pytałam G(g)o, dlaczego tak się stało.
Prosiłam tylko: „wytrzymam, ale proszę, pomóż mi, wynagrodź mi to, pozwól znów zostać matką”.
Zabrał mi dziecko. Nie wynagrodził. Za to zabrał mi zdrowie.

Po raz pierwszy w życiu tracę wiarę.
Bywałam już daleko do B(b)oga, nie odwiedzałam G(g), choć myślałam o N(n)im.
Mimo wszystko wierzyłam.

Zaczęłam wątpić.
Nie na zasadzie – obraziłam się, zabieram zabawki z J(j)ego podwórka.
Moja zasada jest inna.

Spotkało mnie tyle złego. Nie wierzę, że robi to ktoś, kto jest. Kto mnie kocha. Kto na to pozwala. Kto tego chce. Kto na to pozwala.
Tak, wiem, były rzeczy straszniejsze. Są ci, którzy bardziej cierpią (myślę o tym od trzech lat). Ale może to nie jest fakt tak po prostu. Może to dowód, że G(g)o nie ma? Albo że naprawdę ma nas za nic?
Pojęcie cudu było zawsze dla mnie dziwne.
Teraz jest śmieszne.
Żałosne nawet.

Przez całe życie nic nie spadło mi z nieba nawet raz.
Nigdy nie okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam.
Że się jednak udało.
Że moje podejrzenia były niesłuszne.
Że na szczęście dobrze.
Że wreszcie wyszło.
Uff. Uśmiech losu.
O nie, to nie moja historia.

Tak, mam dziecko. Walczyłam o nie długo. Nie zobaczyłam tak po prostu pewnego ranka dwóch kresek na teście. Nie spadło mi to z nieba. Nie było dziełem przypadku, cudem, ale efektem pracy lekarza.

Czy pomógł mi B(b)óg?
Teraz szczerze wątpię.
Myślę, że nawet jeśli jest, nie interesowały go nasze losy.

Chciałabym się chwycić czegokolwiek, J(j)ego, Małgosi, Rity – byle miało sens.
Nie mam czego.

Marzę o tym, by być niewiernym Tomaszem, by zobaczyć rany, by otrzymać znak.

Nie ma znaków.
Naprawdę nie ma.

Jeśli B(b)óg istnieje, to odwraca twarz.
Ps. Nie umiem tego zablokować, ale proszę o brak komentarzy.

Zdjęcie0093

Nadzieja – wciąż plecami odwrócona (Stare Dobre Małżeństwo)

Musimy się przestać już tak bawić z panią – powiedział Mamie lekarz, gdy siedziała u niego w gabinecie z nogami w chmurach. – Potem mogę już nie zdążyć – dodał po chwili.
Mama poskładała wszystko w głowie, jadąc szarą ulicą po Łusię. Wycieraczki szurały miarowo szu szu szu. Padał mokry śnieg pomieszany z deszczem.
Jeszcze dziś mam 35 lat, jeszcze tylko dziś.
Wyczerpuje się rezerwa. Pęcherzyki nie rosną. Jajniki nie chcą pracować.

Tak zwany cykl ostatniej szansy.
Właściwie bez nadziei.

Boli.